W tamtym czasie odmowa taka wymagała niewątpliwej odwagi i była dowodem na tworzący się silny charakter Wałęsy. Ten smutny czas lat 1970-76 - zahibernowany w esbeckich teczkach - jest dla mnie zapisem kształtowania się w Wałęsie Człowieka: od podległości i nikczemności do wewnętrznej wolności. Myślę, że to właśnie gdzieś w połowie lat 70. - nie boję się tej górnolotności, bo bardzo mi tu akurat pasuje - zmarł Gustaw, a narodził się Konrad ("Gustavus obiit, hic natus est Conradus"). Konrad, czyli Lech Wałęsa lider. Ten, którego znamy z lat 1980-81. Ten, którego pokochały miliony.
Każda przemiana pozostawia jednak po sobie ślad. Gnijący kokon lub zaschniętą wylinkę. Zapisane słowo lub rysę w pamięci.
Wielobarwny, fruwający nad łąką motyl ma zazwyczaj swoją dawną, nikczemnie gąsieniczą postać w cewce Malpighiego, czyli motylej dupie. Ale homo sapiens przyziemniejszy jest od motyla i ze wszech miar pragnie, by kochać go za każdą postać, łącznie z larwalną. Dlatego też Wałęsa - przemieniwszy się już w świadomego siebie Konrada - chciał na zawsze zapomnieć o słabym Gustawie. A przede wszystkim, by inni o nim zapomnieli. Ale im bardziej starał się tego Gustawa ukryć, tym dotkliwiej się nim na powrót stawał ("Gustavus obiit, Boleslaus non obiit"). Co pamiętamy nad wyraz dobrze z czasów jego żenującej prezydentury. Był wówczas Wałęsa znacznie bliżej siebie z lat "bolkowych" niż z czasów karnawału "Solidarności".
Wydaje się, że dziś Wałęsa może jedynie zdać uczciwy rachunek z całej swojej przeszłości, łącznie z czasem niechwalebnym. Po to przede wszystkim, byśmy go nie zapomnieli z czasów, kiedy był prawdziwie wielki. A my - niezależnie od tego, co wiemy o Wałęsie z esbeckich teczek - też musimy wykonać wysiłek, by cienki Bolek nie przesłonił gigantycznego Konrada, któremu naprawdę wszyscy wiele zawdzięczamy.
