Cośmy uczynili w Polsce Mickiewiczowi Nekrošius pokazuje w symbolicznej scenie, w której pozbawiony przytomności (a więc jeszcze żywy!) Konrad zamykany jest w sarkofagu, zbudowanym z książek - są nimi właśnie Mickiewiczowskie "Dziady". A jedyną częścią jego ciała, której pełni szacunku budowniczowie grobowca pozwalają ciągle żyć, jest jego dłoń - potrzebna, by rozdawać arcypolskie autografy.
Przedstawienie Nekrošiusa pełne jest scen, które zachwycają i formą plastyczną, i myśleniem o głębokich sensach. Widzenie księdza Piotra - który na tę chwilę staje się (tak! tak!) bocianem - wbiło mnie w teatralne krzesło. I nie jest to ani trochę udziwnienie dla udziwnienia. Bo kiedy słyszę...
"Co widzę? - długie, białe, dróg krzyżowych biegi,
Drogi długie - nie dojrzeć - przez puszcze, przez śniegi
Wszystkie na północ! - tam, tam w kraj daleki,
Płyną jak rzeki.
Płyną: ta droga prosto do żelaznej bramy.
Tamta jak strumień wpadła pod skałę, w te jamy,
A tamtej ujście w morzu. - Patrz! po drogach leci
Tłum wozów - jako chmury wiatrami pędzone,
Wszystkie tam w jednę stronę.
Ach, Panie! to nasze dzieci,
Tam na północ - Panie, Panie!
Takiż to los ich - wygnanie!"
... to uświadamiam sobie, że grozę tego obrazu można dojrzeć dopiero z góry. Z powietrza. Z nieba. Z lotu ptaka. I że wbrew naszym wyobrażeniom to nie orzeł, a właśnie bocian jest najbardziej polskim z polskich ptaków, bo fruwając od wieków nad polską ziemią, lepiej nas widzi niż my sami jesteśmy w stanie siebie kiedykolwiek dostrzec.
Wielkie wrażenie zrobiła też na mnie w "Dziadach" Wielka Improwizacja grającego Gustawa-Konrada Grzegorza Małeckiego. Ten tekst to zawsze potężne ryzyko dla aktora, który musi go powiedzieć po Gustawie Holoubku. Małecki wybrał wersję, która jest odwrotnością tego, co znamy z "Lawy" Konwickiego, gdzie Holoubek nadaje słowom formę tak piękną i rytm tak szamański, że niemalże rozrywa nas wzruszeniem od środka. Mówi "ja mistrz!" i mu bezgranicznie wierzymy, bo jest mistrzem prawdziwym. Konrad Małeckiego też mówi „ja mistrz!”, ale sam w to nie wierzy. Nie wierzy ani w swoją siłę, ani w swoją misję, ani w swoją współboskość, co skądinąd zrozumiałe, bo w XXI wieku tylko skończony idiota lub nieskończony narcyz może tak o sobie myśleć.
Małecki jest Konradem bezradnym, a przez to wzruszającym i tragicznym. Jest przy tym do bólu polskim inteligentem współczesnym: kiedy mówi „daj mi rząd dusz!”, nie tylko nie wierzy w ów rząd dusz, ale i w istnienie samego Boga, który miałby mu go dać. Konrad Małeckiego nie żąda, on prosi i skamle, ale za tą bezwstydnie ujawnianą niemęską słabością stoi najdramatyczniejszy z metafizycznych dramatów: Bóg nie chce się ze mną podzielić nie dlatego, iż zazdrośnie strzeże swej potęgi, ale dlatego, że go po prostu nie ma. Zatem skamlenie jest formą przywołania Boga w ogóle, a nie Boga, co do którego istnienia nie ma się wątpliwości, a ma się je jedynie wobec jego intencji.
Przedstawienie Eimuntasa Nekrošiusa to dla mnie niezwykłe wydarzenie. Bo wyzwala nas z obowiązku patrzenia na „Dziady” przez pryzmat romantyczno-patriotycznej lekcji. Bo pokazuje, że można z tego tekstu zrobić rzecz niezwykle nowoczesną, ale szczęśliwie nie uwspółcześnioną na siłę . Bo w końcu oddaje nam genialnego Poetę, którego sami zamknęliśmy w marmurze i spiżu, i który – przywołajmy słowa Konrada z Wielkiej Improwizacji - przede wszystkim chce rządzić naszym czuciem.
Nie narodowym.
Człowieczym.
