Mickiewicz uwolniony

"Dziady" Adama Mickiewicza w reż. Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym - bałem się tego przedstawienia wielce. Bo z jednej strony to pierwsze w Narodowym "Dziady" po tych pamiętnych z końca lat 60. XX, które zapamiętaliśmy głównie jako żagiew dla Wydarzeń Marcowych. A że czasy dziś w Polsce politycznie zapiekłe, tania pokusa, by dramat Wieszcza uczynić nową podpałką wobec władzy, mogła się u realizatorów pojawić. Po drugie – bo dochodziło do mnie od pracujących nad przedstawieniem aktorów, że litewski reżyser ma w całkowitym niezainteresowaniu polską (czytaj: narodowo-patriotyczną i antyrosyjską) tradycję, w jakiej "Dziady" są u nas odczytywanie. I lękałem się, by w owej dekonstrukcji "patriotycznej lekcji" nie poszedł zbyt daleko.

Wszelkie moje obawy okazały się płonne. Nekrošius powiódł mnie ścieżką, której istnienia zupełnie nie zakładałem. Robiąc przedstawienie niebywale autorskie, potężnie naznaczone własną wizją, okazał się najwierniejszy samemu Mickiewiczowi - geniuszowi, który nie daje się włożyć w jakiekolwiek jednoznaczne ramy. Pokazał, że Mickiewicz tyleż do Polaków należy, co do nich nie należy i że może być z powodzeniem odczytywany poza martyrologiczną sztancą. I nawet powinien, bo dopiero wówczas jego słowa - jakże chętnie klepane bez zrozumienia niczym narodowy różaniec - stają się klarowne. Wychodzą z nich wówczas sensy, zamalowane przez koncesjonowanych interpretatorów. Bo "nasz wielki Adam" to dziś już tylko palimpsest, gdzie na pierwotnym papirusie z biegiem lat, powstań, nadziei i zawirowań nadpisano Mickiewiczów "słuszniejszych od oryginału".

Cośmy uczynili w Polsce Mickiewiczowi Nekrošius pokazuje w symbolicznej scenie, w której pozbawiony przytomności (a więc jeszcze żywy!) Konrad zamykany jest w sarkofagu, zbudowanym z książek - są nimi właśnie Mickiewiczowskie "Dziady". A jedyną częścią jego ciała, której pełni szacunku budowniczowie grobowca pozwalają ciągle żyć, jest jego dłoń - potrzebna, by rozdawać arcypolskie autografy.

Przedstawienie Nekrošiusa pełne jest scen, które zachwycają i formą plastyczną, i myśleniem o głębokich sensach. Widzenie księdza Piotra - który na tę chwilę staje się (tak! tak!) bocianem - wbiło mnie w teatralne krzesło. I nie jest to ani trochę udziwnienie dla udziwnienia. Bo kiedy słyszę...
"Co widzę? - długie, białe, dróg krzyżowych biegi,
Drogi długie - nie dojrzeć - przez puszcze, przez śniegi
Wszystkie na północ! - tam, tam w kraj daleki,
Płyną jak rzeki.
Płyną: ta droga prosto do żelaznej bramy.
Tamta jak strumień wpadła pod skałę, w te jamy,
A tamtej ujście w morzu. - Patrz! po drogach leci
Tłum wozów - jako chmury wiatrami pędzone,
Wszystkie tam w jednę stronę.
Ach, Panie! to nasze dzieci,
Tam na północ - Panie, Panie!
Takiż to los ich - wygnanie!"

... to uświadamiam sobie, że grozę tego obrazu można dojrzeć dopiero z góry. Z powietrza. Z nieba. Z lotu ptaka. I że wbrew naszym wyobrażeniom to nie orzeł, a właśnie bocian jest najbardziej polskim z polskich ptaków, bo fruwając od wieków nad polską ziemią, lepiej nas widzi niż my sami jesteśmy w stanie siebie kiedykolwiek dostrzec.

Wielkie wrażenie zrobiła też na mnie w "Dziadach" Wielka Improwizacja grającego Gustawa-Konrada Grzegorza Małeckiego. Ten tekst to zawsze potężne ryzyko dla aktora, który musi go powiedzieć po Gustawie Holoubku. Małecki wybrał wersję, która jest odwrotnością tego, co znamy z "Lawy" Konwickiego, gdzie Holoubek nadaje słowom formę tak piękną i rytm tak szamański, że niemalże rozrywa nas wzruszeniem od środka. Mówi "ja mistrz!" i mu bezgranicznie wierzymy, bo jest mistrzem prawdziwym. Konrad Małeckiego też mówi „ja mistrz!”, ale sam w to nie wierzy. Nie wierzy ani w swoją siłę, ani w swoją misję, ani w swoją współboskość, co skądinąd zrozumiałe, bo w XXI wieku tylko skończony idiota lub nieskończony narcyz może tak o sobie myśleć.

Małecki jest Konradem bezradnym, a przez to wzruszającym i tragicznym. Jest przy tym do bólu polskim inteligentem współczesnym: kiedy mówi „daj mi rząd dusz!”, nie tylko nie wierzy w ów rząd dusz, ale i w istnienie samego Boga, który miałby mu go dać. Konrad Małeckiego nie żąda, on prosi i skamle, ale za tą bezwstydnie ujawnianą niemęską słabością stoi najdramatyczniejszy z metafizycznych dramatów: Bóg nie chce się ze mną podzielić nie dlatego, iż zazdrośnie strzeże swej potęgi, ale dlatego, że go po prostu nie ma. Zatem skamlenie jest formą przywołania Boga w ogóle, a nie Boga, co do którego istnienia nie ma się wątpliwości, a ma się je jedynie wobec jego intencji.

Przedstawienie Eimuntasa Nekrošiusa to dla mnie niezwykłe wydarzenie. Bo wyzwala nas z obowiązku patrzenia na „Dziady” przez pryzmat romantyczno-patriotycznej lekcji. Bo pokazuje, że można z tego tekstu zrobić rzecz niezwykle nowoczesną, ale szczęśliwie nie uwspółcześnioną na siłę . Bo w końcu oddaje nam genialnego Poetę, którego sami zamknęliśmy w marmurze i spiżu, i który – przywołajmy słowa Konrada z Wielkiej Improwizacji - przede wszystkim chce rządzić naszym czuciem.
Nie narodowym.
Człowieczym.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...