Oko za oko, żłób za żłób

Pisałem kilka lat temu: "Moja niechęć do ewentualnych rządów PiS-u bierze się z racjonalnych przesłanek. Jedną z nich jest niezgoda na irracjonalne polityczne postępowanie prezesa tej partii, który - w moim oglądzie - nie kieruje się racją stanu państwa, ale jest miotany własnymi idiosynkrazjami, najczęściej o podłożu osobistym.

Klincz, w jakim znalazła się Polska - zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej - jest dla niej zabójczy. Zawsze czułem się propaństwowcem, który uważa, że partie i ich przywódcy to jedynie konie, które mają ciągnąć polski wóz we właściwą stronę. Ale nasze konie nic już nie ciągną, bo się wściekle gryzą, zapomniawszy o swoim powołaniu, jakim jest ciągnięcie pojazdu, na którym wszyscy siedzimy.

Wszystkie, bez wyjątku, formacje polityczne w Polsce są zdemoralizowane, bo postrzegają władzę jako sens sam z sobie. Za Kaczyńskim stoją tysiące ludzi, którzy przebierają nogami, by obsadzić urzędy i zrekompensować sobie lata chude. Nie wierzę w ich propaństwową misję. Ich misją są oni sami. W tym aspekcie nie różnią się niczym od cyników z PO. Po zwycięstwie będą jedynie bardziej zachłanni. To mnie martwi. Że łapczywe zastąpi pazerne, w dodatku pod kabotyńskimi hasłami naprawy państwa."

Dziś widać, że czarny scenariusz, jaki wówczas kreśliłem, spełnia się co do joty. To musi budzić przerażenie. I budzi. Ale nie tylko tych, co byli PiS-owi przeciwni od zawsze.

Mam wielu prawicowych przyjaciół i znajomych, którzy w październiku 2015 roku głosowali na partię Jarosława Kaczyńskiego, a dziś są coraz bardziej zdegustowani. Jeszcze nie przeciwni, ale już zaskoczeni - przede wszystkim tym, że "dobra zmiana" okazała się niczym więcej jak tylko łapczywym zagarnianiem stanowisk przez zachłanną mierzwę, która haseł "patriotyzm" i "odnowa" używa wyłącznie instrumentalnie.

Uczciwi ludzie na prawicy - a jest ich niemało - nie będą chcieli wkrótce firmować tego całego upadku, jaki PiS szykuje naszemu krajowi. Bo to, co partia Kaczyńskiego proponuje Polsce, to kolejny rozbiór Polski. Jedyna różnica, że bez granic geograficznych, za to z rogatkami wybudowanymi wewnątrz narodu; wedle subiektywnej opinii ludzi Pseudonamiestnika kto swój, a kto obcy.

Od wyborów minęło zaledwie pół roku. Więc moi prawicowy przyjaciele ciągle się łudzą, że to, co widzą, jest tylko zamieszaniem "czasu przejścia". Ale wkrótce i do nich dojdzie, że uczestniczą w szaleństwie, które nikomu - poza kilkudziesięcioma tysiącami funkcjonariuszy "dobrej zmiany" - żadnej korzyści nie przynosi. I zaczną się PiS-u przy korycie wstydzić. Tak jak my - popierający niegdyś PO - wstydziliśmy się tej partii o schyłku jej rządów, kiedy stało się jasne, że nic poza żłobem nie jest dla niej ważne.

POLUB NAS NA FACEBOOKU