Sprawa smaku

W grudniu 1995 roku stałem - wraz z moim kolegą ze studiów i NZS-u Mariuszem Kamińskim - pod pałacem prezydenckim, demonstrując przeciw wyborowi Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta, a opowiadając się za Lechem Wałęsą, który - ustami "swojego" ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego - właśnie ogłosił aferę Olina (czyli - jak przekonywano wówczas - zdrajcy na szczytach polskiej władzy). Jak pamiętamy, najbliższym człowiekiem Wałęsy był wówczas Mieczysław Wachowski.

W 2016 roku jestem przeciwnikiem politycznym mojego kolegi z demonstracji, a dziś wiceprezesa PiS-u i rządowego koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. I od dawna protestuję przeciw władzy, którą współtworzy. Ale nie mogę tego zrobić, kiedy każe się mi stawać przeciwko Kamińskiemu w jednym szeregu z dziś już nie traktującymi się nienawistnie jak przez dwudziestu laty Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Wałęsą. Bo uważam, że dla obu panów miejsca w polskiej polityce nie ma, a już zwłaszcza w charakterze zatroskanych losem ojczyzny sanatorów - ewentualnych naprawiaczy szkód po złej "dobrej zmianie". Bo nasz dzisiejszy "klops" jest również - i to w stopniu znacznym - efektem ich dawnej, dalekiej od przyzwoitości, działalności.


A kiedy na dodatek widzę, jak szef KOD-u Mateusz Kijowski fotografuje się z Mieczysławem Wachowskim, to czuję, że od tak rozumianej antypisowskiej opozycji muszę się trzymać - choć bardzo chciałbym, by PiS w Polsce nie rządził zbyt długo - z daleka.

I wiem z całą pewnością, że ta moja obecna postawa nie jest kwestią charakteru.
Ani, Boże broń!, jakiejś tam odwagi.
To po prostu sprawa smaku.
Tak, smaku.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...